Do bałkańskiego fjordu
Autor: Filip Springer
Walory Czarnogóry docenił już nawet James Bond. To między innymi tutaj kręcono „Casino Royale”. My przyjeżdżamy tu jednak po to by niezobowiązująco powałęsać się po górach. A wyjeżdżając jesteśmy pewni, że jeszcze tu wrócimy.
Do Czarnogóry wjeżdżamy z Albanii. Nie, wcale nie mamy dość albańskiego chaosu, wszędobylskich śmieci i mężczyzn wyglądających na mafiosów. Albania zaskoczyła nas gościnnością i uczciwością ludzi oraz zapierającymi dech w piersiach krajobrazami, których wystarczyłoby na obdzielenie kilku mniej urodziwych państw. Z przekonaniem, że jeszcze tam wrócimy włóczymy się po Szkodrze poszukując jakiegoś transportu do Czarnogóry. Choć granica jest zaledwie 20 kilometrów od miasta ceny za przejazd przez nią są kilkakrotnie wyższe niż wewnątrz Albanii. W końcu znajdujemy coś na naszą kieszeń. Możemy ruszać.
Witaj Czarnogóro
Nie udaje nam się jednak dojechać zbyt daleko, bo na kilka kilometrów przed przejściem granicznym rozpoczyna się korek aut oczekujących na odprawę. Większość czarnych mercedesów prowadzonych przez smagłych Albańczyków jest obładowana nieprawdopodobną ilością towarów, których z pewnością łakną mieszkańcy Czarnogóry i przebywający tam turyści. Nasz kierowca nic sobie jednak z korka nie robi. Po kilku minutach oczekiwania dodaje gazu i pruje pod prąd lewym pasem jezdni. Na widok nadjeżdżających z naprzeciwka samochodów nam życie przebiega przed oczami, on tymczasem zjeżdża na pobocze (lewe!) by po chwili znów kontynuować podróż. Po kilkunastu minutach cali i zdrowi jesteśmy na granicy.
Czarnogóra wita nas wybetonowaną ścieżynką wijącą się między kępami rachitycznych krzaków. W oddali majaczą góry, ale aby się do nich dostać musimy pokonać jeszcze kilkadziesiąt kilometrów. Mimo, że jedziemy z Albanii, sumienia Europy – kraju, który jak pisał Stasiuk powinien odwiedzić każdy Europejczyk to właśnie w Czarnogórze mamy uczucie, że bierzemy udział w czymś absolutnie nierzeczywistym.
Kraj ten postanowił bowiem udawać, że jest w Unii Europejskiej mimo, że w niej nie jest i nic nie wskazuje na to by w najbliższej przyszłości się w niej znalazł. Obowiązującą tu walutą jest euro, a samochody oznaczone są tablicami łudząco przypominającymi te unijne. Na niebieskim prostokąciku brak jedynie kręgu żółtych gwiazdek. Cały kraj zdaje się na pierwszy rzut oka zapomniał, że jeszcze niedawno razem z Serbią tworzył jeden organizm. Kurs na zachód jest tu wyczuwalny na każdym kroku.
Rozwód z rozsądku
Czarnogórcom trudno trochę się dziwić. Od rozpadu Jugosławii i krwawej wojny domowej musieli oni nieść balast, na który nie do końca sami sobie zapracowali. Choć oczywiście żaden naród bałkańskiego kotła nie jest bez winy to jednak Serbowie uchodzą na Bałkanach za Tych Złych. To z Serbią kojarzona jest masakra w Srebrenicy, wojna w Kosowie czy ukrywanie zbrodniarzy wojennych takich jak Slobodan Milosevic czy Radovan Karadzić. To Serbia po dziś dzień pozostaje w orbicie rosyjskich wpływów i tylko od czasu do czasu mruga okiem do europejskich przywódców by całkowicie nie odcinać sobie drogi do Unii, która jednak na razie pozostaje dla niej mglistym marzeniem.
Ale gdy jedziemy przez czarnogórskie wybrzeże zaczytani w przewodnikach dociera do nas, że to nie krwawa historia całego regionu skłoniła Czarnogórców do ogłoszenia w czerwcu 2006 roku niepodległości. Gdy spojrzeć na mapę z największymi atrakcjami Serbii i Czarnogóry to łatwo dojść do wniosku, że wszystko co najciekawsze, najpiękniejsze i najbardziej spektakularne znajduje się właśnie tutaj. W pobliżu złotych plaż Adriatyku ulokowały się zatłoczone latem kurorty takie jak Budva czy Ulcinj. Turyści walą tu tłumnie zwłaszcza z tych mniej zamożnych krajów Europy. Sporo tu Polaków, Czechów, Ukraińców, mnóstwo Rosjan. Także na wybrzeżu znajdują się najciekawsze zabytki historii sięgające starożytności. Wnętrze kraju od wybrzeża oddzielają potężne góry, które stromymi i niemal gołymi stokami wpadają wprost do morza. Za górskim masywem znajduje się piękne i ogromne, współdzielone z Albanią Jezioro Szkoderskie. W północnej części kraju znajduje się zaś Park Narodowy Durmitor pełen krasowych dziwów, a w nim najgłębszy w Europie kanion rzeki Tary osiągający głębokość 1300 metrów.
My przyjeżdżamy do Czarnogóry bez konkretnych planów, wałęsamy się po całych Bałkanach, chcemy więc powałęsać się i tutaj. Jeszcze w naszym albańskim busie podejmujemy decyzję, że szybko ominiemy wybrzeże i dostaniemy się do niewielkiej ale malowniczej wioski Virpazar nad Jeziorem Szkoderskim.
To jest Europa
Po kilku godzinach i dwóch przesiadkach wysiadamy zmęczeni ale szczęśliwi w Virpazar. Wioska składa się z kilku przepięknych kamieniczek otaczających pseudoryneczek przy którym ulokowały się kawiarnie, hoteliki i informacja turystyczna. Miejsce wręcz wymarzone na odpoczynek, tym bardziej, że tuż za kamieniczkami strzelają w górę potężne zbocza, a nas już wybitnie korci, by zobaczyć co jest na wieńczącym je szczycie.
Nie będzie nam to jednak dane – w Virpazar po raz pierwszy przekonujemy się bowiem, czym dla Czarnogórców jest „kurs na zachód” oraz przechodzimy szybki kurs ekonomii. Najtańszy nocleg, jaki udaje nam się znaleźć kosztowałby każde z nas 20 euro. I to pod warunkiem, że zostaniemy na minimum 3 noce. Po długich pertraktacjach z pewną bezzębną staruszką udaje nam się zbić cenę za dwa łóżka (na trzy osoby) do kwoty 18 euro. To wciąż jednak dla nas za dużo. Szukamy alternatywy. W jedynym luksusowym hotelu informują nas, że możemy rozbić namiot na trawniku za darmo. Szczęśliwi już mamy wypakowywać ekwipunek gdy dowiadujemy się, że za możliwość skorzystania z prysznica i dostępu do wody przyjdzie nam zapłacić…25 euro od głowy. Idziemy do informacji turystycznej. Uprzejma pani płynną angielszczyzną informuje nas, że taniego noclegu w Virpazar nie znajdziemy, bo w całym miasteczku jest tylko kilkanaście osób, które wynajmują pokoje i wszystkie są w zmowie cenowej. Potem konspiracyjnym szeptem dodaje, że ona w tej zmowie nie jest i może nam wynająć pokój za 17 euro. Zrezygnowani siadamy na krawężniku i zaczynamy rozważać ucieczkę z „gościnnego” Virpazar.
Wtem tuż pod naszymi nosami zatrzymuje się jak najbardziej czeska Skoda i wyskakuje z niej dwoje jak najbardziej czeskich Czechów – on uśmiecha się promieniście, ona zaprasza nas do auta mówiąc: – Camping Murici. Nie ma co się zastanawiać – jedziemy!
Jezioro zmienne jak kobieta
Murici to miejsce, które każdy powinien zobaczyć. Aby tam dotrzeć trzeba pokonać 30 kilometrów serpentyn wyciosanych w zboczach masywu Rumija okalającego Jezioro Szkoderskie od południowego zachodu. Widoki obezwładniają podobnie jak upał w samochodzie naszych przyjemnych Czechów. Po niecałej godzinie kolejnymi serpentynami staczamy się dostojnie nad sam brzeg jeziora. Tu spędzimy noc.
Jezioro Szkoderskie to największe jezioro półwyspu bałkańskiego. Wpada do niego kilka rzek stąd wahania poziomu wody w ciągu roku powodują zmiany jego powierzchni nawet o jedną trzecią. Atrakcją południowo – zachodniego wybrzeża jeziora, na którym znajduje się także wioska Murici jest ciąg niewielkich, skalistych wysepek na których jeszcze w średniowieczu prawosławni mnisi założyli niewielkie osady i klasztory. Działają one do dziś, ich nieliczni mieszkańcy mają kontakt z lądem (zwykle wyludnionym) tylko dzięki motorowym łódkom. My sami wybieramy się razem z zaprzyjaźnionymi Czechami na jedną z takich wysepek. Żyjąca tam mniszka nic sobie z nas nie robi, swobodnie buszujemy po niewielkiej kaplicy i pozostałych budynkach. W drodze na brzeg obserwujemy górski masyw Rumiji (1594 m n.p.m), który oddziela jezioro od wybrzeża. Gdzieś tam, za sięgającymi tysiąca sześciuset metrów górami jest Stary Bar, cel naszej dzisiejszej wędrówki.
Droga przez mękę
Mimo, że jest jeszcze wczesny poranek upał daje się mocno we znaki. Każde z nas zabiera ze sobą kilka litrów wody, profilaktycznie wodę nabieram także do kapelusza i zakładam go sobie na głowę. Nie ujdę nawet trzech kilometrów gdy zarówno kapelusz jak i moja koszulka będą suche. Następne trzy kilometry sprawią, że znów staną się mokre.
Pierwszy odcinek drogi znamy doskonale. Nie dalej jak wczoraj jechaliśmy tu z naszymi Czechami, którzy teraz popijając Vrnac na kempingu zastanawiają się pewnie dlaczego ci głupi Polacy poszli pieszo. Szosa pnie się stromo pod górę, raz po raz mijamy wyludnione gospodarstwa, nie słychać nawet psów, nic dziwnego, jest zbyt gorąco by cokolwiek co ma rozum opuszczało cień.
My rozumu nie mamy. Z niemałym trudem opuszczamy Murici i zakosami, pośród szarych kamieni pniemy się do góry. Szosa co chwila zakręca o 180 stopni, zbocze jest jednak tak strome, że nie mamy nawet co marzyć o ścinaniu zakrętów. Po godzinie wspinaczki mija nas zdezelowana Zastava – kierowca oferuje podwózkę do Virpazar. Pytamy o cenę – 30 euro od osoby. Patrzymy na majaczący w oddali grzbiet i ruszamy dalej.
Po czterech godzinach wędrówki osiągamy kulminację, u naszych stóp płaszczy się Jezioro Szkoderskie z Murici wielkości łepka od szpilki. Idea wspięcia się na samą Rumiję topnieje w nas tak jak chęć na podziwianie widoków. Nie ma czasu, nie pokonaliśmy nawet jednej trzeciej trasy. Przed nami jeszcze blisko 10 kilometrów morderczej wędrówki i wypatrywania szlaku znaczonego jakby od niechcenia. Całe szczęście od czeskich przyjaciół udało nam się wydębić mapę okolicy, wyznaczamy kierunek i przemy ile sił w nogach.
Do Starego Baru docieramy tuż po zmierzchu wycieńczeni błądzeniem bo skalistych bezdrożach. Wędrówka z Murici z pewnością przerosła nasze siły i co by nie mówić niewiele miała wspólnego z rozsądkiem górskiego turysty. Góry otaczające Stary Bar są strome, pełne urwisk i kamienistych żlebów. Znalezienie bezpiecznej drogi do majaczącego w oddali miasteczka zajęło nam sporą część dnia i kosztowało wiele zdrowia. Na zwiedzanie nie mamy już czasu i ochoty. Łapiemy podmiejski autobus i jedziemy do miasta. O cenę noclegu nikt nie ma już siły się targować, padamy wyczerpani wypiwszy uprzednio całe morze zimnej coli.
Stary Stary Bar
Samo miasto Bar leżące na adriatyckim wybrzeżu niewiele ma do zaoferowania turyście. Chyba, że ktoś lubi socjalistyczną architekturę wśród palm. Pewnie dlatego miasto nie jest tak przepełnione jak znajdująca się nie tak daleko stąd Budva czy nieco bardziej odległy Ulcinj. Bar to jednak doskonała bo tania baza wypadowa w bliższe i dalsze okolice, także na górskie eskapady. My postanawiamy wybrać się do miejsca, które było celem naszej wczorajszej, wyczerpującej wędrówki – czyli do Starego Baru. Ta położone o kilka kilometrów od centrum miasta osada ma historię, której nie powstydziłaby się niejedna europejska stolica.
Miasto założyli podobno już sami Rzymianie i w ich czasach nosiło ono nazwę Antibarum. Idealnie po drugiej stronie Adriatyku na półwyspie Apenińskim znajduje się bowiem włoskie (niegdyś rzymskie) miasto Bari. To właśnie w opozycji do niego powstał położony w niedostępnych górach Stary Bar. Miasto rozwijało się przez kilkanaście stuleci (ostatni mieszkańcy opuścili je pod koniec XIX wieku), kto nie wierzy może się o tym na własnej skórze przekonać gubiąc się a labiryncie ruin wystarczająco dużym, by uzmysłowić wędrowcy ogrom miasta przed wiekami. Do 1979 roku można tu było podziwiać w całej krasie piękny rzymski akwedukt spinający brzegi jednego z głębokich i stromych kanionów otaczających miasto. Potężne trzęsienie ziemi zniszczyło jednak konstrukcję, dziś możemy podziwiać więc jedynie jej fragmenty. Trzeba przyznać, ze nadal wyglądają one imponująco.
Wspinając się na kolejne baszty i tarasy miłośnicy górskich pejzaży mogą podziwiać rozległą panoramę Rumiji i otaczających ją wzgórz. Pokonanie szlak wiodącego stąd na ten najwyższy szczyt masywu według przewodnika zajmuje pięć godzin. Dla turysty przyzwyczajonego jednak do polskich warunków klimatycznych i przewyższeń czas ten zapewne ulegnie wydłużeniu. Wybierając się tutaj bowiem na górską wędrówkę należy przyjąć, że jej start rozpocznie się niemal na poziomie morza, a wspinaczka odbywać się będzie w obezwładniającym upale. Do plecaka trzeba zabrać natomiast zapas wody na cały dzień, bo góry są suche jak pieprz, a schronisk po drodze próżno szukać.
Boka bokiem
Opuszczamy pradawny Stary Bar i ruszamy na północ nad Bokę Kotorską, jedyną adriatycką zatokę, która spełnia kryteria definicji fiordu (poza tym, że nie leży w Skandynawii). To tam rozłożyło się jedno z najpiękniejszych adriatyckich miast – Kotor wraz z górującą nad nim Twierdzą Świętego Jana na Samotnym Wzgórzu. Nazwa może zdezorientowanego turystę nieco mylić bo wzgórze po pierwsze nie jest wzgórzem, a solidną górą. Po drugie wcale nie jest samotne bo należy do masywu Lovćen. Jego najwyższym szczytem jest Štirovnik, który osiąga wysokość 1749 m n.p.m. Aby jednak wyruszyć w najwyższe partie masywu trzeba dostać się do wioski Njegusi.
My wybieramy kilkugodzinną przebieżkę po grzbiecie kulminacji okalającym zatokę. Akurat tak się składa, że do Kotoru wpłynął gigantyczny apartamentowiec i z wysokości blisko tysiąca metrów możemy obserwować jak niezgrabnie próbuje manewrować w ciasnej zatoce. W oddali majaczą nam też czerwone dachy Kotoru – miasta wpisanego na listę światowego dziedzictwa UNSECO, zdążymy się jednak nimi zachwycić wieczorem gdy zejdziemy do miasta po wyczerpującej wędrówce.
Tymczasem cieszymy się widokami i docieramy do szczytu Twierdzy Św. Jana. Prowadzące tu od samego miasta mury mają długość blisko 5 kilometrów, a droga po nich prowadzi po niezliczonej ilości schodków. Na szczycie całej fortecy siedzi zaś znudzony młody człowiek, pilnuje łopoczącej dumnie narodowej flagi i dyszącym ze zmęczenia turystom sprzedaje coca- colę. Dobrze, że cola jest zimna, źle, że kosztuje po 5 euro za puszkę. W drodze na dół łapie nas jeszcze apokaliptyczna ulewa (jedyny deszcz w czasie naszej trzytygodniowej wędrówki po Bałkanach). Dzięki temu jednak w samym miasteczku, które jest jednym z najpiękniejszych u wybrzeży Adriatyku nie spotykamy żywego ducha. Zobaczyć wyludniony Kotor w cieniu drzemiącej groźnie niezdobytej nigdy twierdzy? Absolutnie bezcenne.
Tak jak i cała podróż po tym dziwnym kraju. Wsiadając do bośniackiego autobusu Kotor – Sarajewo żałujemy, że nie zobaczyliśmy krasowych rzeźb w Durmitorze. Będzie powód by jeszcze tu wrócić.
Etiopia – między historią a legendą
Etiopia jest jednym z najciekawszych miejsc na Ziemi. To jedyny kraj w Afryce, poza Egiptem, z tak bogatą historią. Tut…
W 1000 Euro dookoła swiata
Podróż dookoła świata nie jest dziś niczym niezwykłym. Niezwykły jest za to sposób, w jaki dokonał tego pewien młody wa…
Katar w lutym – Doha
Kiedy dojechaliśmy do hotelu, agent zabrał nasze papiery z immigration. Wszystko i tak było na nich napisane po arabsk…
Afgan nie zabije konia
Na Tajmani Street zatrzymuję rozklekotaną taksówkę. Jak wszystkie w Kabulu – żółtą. Stąd, pod siedzibę Ministerstwa…


