Nasze serwisy polowki.pl mieszkaniedlasingla.pl

Mapa 1Nasz samolot niezbyt przepełniony, co jest ostatnio dużą rzadkością miał międzylądowanie w Bahrajnie, skąd w jeszcze mniejszej grupie (większość pasażerów tam bowiem wysiadła) odlecieliśmy do Dohy. Ten ostatni odcinek trwał nie dłużej niż pół godziny. Samolot wzniósł się tym razem zaledwie na wysokość około trzech i pół tysiąca metrów, po czym zaczął obniżać pułap podchodząc do lądowania.

Doha 01Egzotyka dopadła nas jeszcze na terminalu przylotów. Panowie w nieskazitelnie białych dżelabijach i arafatkach na głowie. Panie na czarno, w sukniach nawet nie do kostek, lecz do samej ziemi i w chustach szczelnie oplatających cała głowę zostawiając odkrytą jedynie twarz. W wersji nieco swobodniejszej widziałem pewną panią o europejskim typie urody, która pozwoliła sobie zawiązać owo nakrycie głowy dość wysoko, odsłaniając oprócz czoła także część blond grzywki. Ortodoksyjne wyznawczynie islamu twarzy nie pokazują w ogóle, przykryte czarną tkaniną od czubka głowy po stopy.

Miałem niewątpliwą przyjemność być odprawionym przez niepospolitej urody urzędniczkę, która chociaż cała w czerni, z niewielkim owalem orientalnej twarzy odcinającym się od fałd tkanin, uśmiechała się lekko i swobodnie tak, że zapominało się o surowym islamie, przywołując raczej w pamięci „Baśnie z tysiąca i jednej nocy”.  Przed budynkiem lotniska przejście dla pieszych, a na znaku… ludzik w dżelabiji.

Doha 09Cóż, co kraj to obyczaj. W Chinach zamiast maszerującego ludzika, obserwowałem na znakach ludzika biegnącego. I rzeczywiście, trzeba było biec, ponieważ nawet mając zielone swiatło, było się przeganianym przez trąbiące i nie mające zamiaru zwolnić samochody.
Pojechaliśmy do hotelu, w którym za internet kazali sobie płacić 0,75 USD za minutę albo 29 USD za dobę. Ponieważ dochodziła juz północ, a rano o ósmej mieliśmy jechać na statek, odpuściłem sobie.
Kiedy schodziłem na śniadanie, wszystko wokół spowijała mgła. Sam nie wiem czy bardziej z wilgoci, czy też z niesionego znad pustyni piasku.

Doha 10Godzinę później, gdy dojechaliśmy do portu, nie było już po niej ani śladu. Po błękitnym niebie słońce wspinało się coraz wyżej. Przed budką strażników z napisem DOHA PORT na maszcie łopotała katarska flaga, a my czekaliśmy na załatwienie formalności, które miały zakończyć się „jak Allach pozwoli”. Zeszło nam do 10:45.

Stolicy Kataru obejrzałem tyle co z okien samochodu pod drodze do portu. Na statku jak zwykle było mnóstwo spraw, a poza tym wieczorem miał byc koniec wyładunku i wyjście na redę. Ze statku więc obejrzałem zachód słońca. Czerwony jak rozpalona wokół pustynia.

Kiedy zapadł zmierzch, na niebie pojawiły się nieodłączne Księżyc i gwiazda, które zapewne stały się inpiracją dla islamskiej symboliki obecnej chociażby na wielu flagach.

Doha 02Ciekawe jest położenie rogalika, w poziomie, czego raczej u nas zaobserwować się nie da.
Z portu mogliśmy obserwować rozlokowane po drugiej stronie zatoki nowoczesne wieżowce.

I to było wszystko jeśli chodzi o Dohę, bo nastepnego dnia rano wyszliśmy na redę odległą o kilkanaście mil od brzegu, który w międzyczasie straciliśmy z oczu, podobnie zresztą jak zasięg operatorów telefonii komórkowej, przez co najprostsze połączenie urastało do rangi wielkiego problemu. Zakotwiczony niemalże na otwartych wodach Zatoki Perskiej statek pochłonął mnie całkowicie. Był to nowy nabytek w kompanii i zarazem mój nowy podopieczny, więc musiałem go poznać przez ten weekend.

statekWszystko było od dawna zaplanowane. Ponieważ z powodu weekendu trudno było potwierdzić przelew pieniędzy, sprzedaż i przejęcie statku zaplanowano na poniedziałek. Termin ustalono dwa tygodnie wcześniej. Stolica Kataru miała być miejscem przejęcia, natomiast Londyn wyznaczono na miejsce podpisania umowy.
Przyjechaliśmy do Dohy kilka dni wcześniej, by przygotować operację od strony logistycznej. W niedzielny wieczór na miejsce dotarła nasza załoga. Ponieważ statek po wyładunku wyszedł na redę, oni nocowali w hotelu i mieli dojechać razem z inspektorami w poniedziałek rano.
Tymczasem do Londynu polecieli przedstawiciele firm, by podpisać umowę. Mieliśmy czekać na sygnał od nich, po którym nasza załoga miała przejąć statek od ich załogi, a następnie przejść szereg inspekcji. Liczyliśmy, że uporamy się z tym do wtorku, po czym statek odpłynie w rejs do Mozambiku, a my wrócimy do domu (albo raczej do biura).
W nocy z niedzieli na poniedziałek zerwał się wiatr. Nie żaden sztorm, ot pięć w skali Beauforta, ale wystarczyło, by zrobiła się spora, jak na możliwości motorówki, fala.   Bliżej lądu i w samym porcie wiała dobra siódemka, więc port zamknięto. Zostaliśmy poinformowani, że załoga i inspektorzy nie przyjadą, ponieważ motorówka nie uzyskała zgody na wyjście w morze.
Jeszcze nie zdążyliśmy dobrze ochłonąć, gdy nadeszła informacja o obfitych opadach śniegu w Londynie, które sparaliżowały miasto. W związku z tym podpisanie umowy przełożono z poniedziałku na wtorek.
Wszystko byłoby do przełknięcia, gdyby nie sytuacja do pozazdroszczenia, w jakiej znalazła się uwięziona na kei załoga. Wyjechali z hotelu o siódmej rano, by jak najszybciej dotrzeć na redę. Jednak, aby dostać się na statek i dalej podróżować do Afryki, musieli przejść odprawę graniczną na terminalu pasażerskim na jednej z kei. Kiedy się odprawili, oznajmiono im, że motorówka nie popłynie z powodu złej pogody, lecz do hotelu wrócić już nie mogli. Formalnie bowiem opuścili już Katar, a mieli wizy upoważniające do jednokrotnego wjazdu na terytorium tego kraju. Durne prawo, ale prawo – drugi raz do Kataru wjechać nie mogli, a urzędnicy nie zamierzali robić wyjątków. Zostali uwięzieni na terenie portu. Agent, który popełnił ewidentny błąd organizując odprawę graniczną, gdy komunikacja była zawieszona, teraz schował głowę w piasek i był jeszcze na tyle bezczelny, by żądać gwarancji na pokrycie kosztów dostawy uwięzionym jedzenia i napojów. Oczywiście gwarancje takie otrzymał, ale wstyd pytać o takie rzeczy. Myślał, że teraz zostawimy ich bez jedzenia i picia? Nie mówiąć o tym, że mógłby chociaż trochę poczuwać się do obowiązku załagodzenia stworzonego przez siebie zamieszania.
Pogoda się nie poprawiała, nadchodził wieczór, a agent pomimo ponagleń niczym specjalnym się nie wykazywał. Podobna mentalność jaką obserwowałem swego czasu w Arabii Saudyjskiej. Choćby nie wiem co się działo, na pytanie o czas otrzymuje się odpowiedź: „jak Allach pozwoli”.
Kiedyś płynęlismy do niewielkiego portu Yanbu nad Morzem Czerwonym. Położony jest on wśród raf koralowych, a do kei prowadzi wąski kanał. Byłem wtedy jeszcze chiefem i pływałem pod dowództwem greckiego kapitana. Ów biedny Grek dał się wpuścic w maliny i zgodnie zaleceniem Yanbu Port Control wpłynął naszym stutysięcznikiem w ów kanał, gdzie według podanej informacji miała spotkać nas pilotówka i holowniki. Statek jednak płynął i płynął, a pilotówki jak nie było tak nie było. Długość ogromnego masowca wykluczała jakiekolwiek manewry w owym wąskim przejściu. Mogliśmy płynąć jedynie przed siebie, redukując prędkość do granicy sterowności, a z radiotelefonu na coraz bardziej nerwowe pytania, kiedy wreszcie pojawi się obiecany pilot i holowniki, padała niezmiennie spokojna odpowiedź, że już wypływają i dojadą do nas kiedy Allach pozwoli.
Allach pozwolił niemal na samym końcu owego kanału, kiedy juz naprawdę nie mielibyśmy żadnej możliwości manewru, ponieważ potem należało wykonać ostry zwrot, możliwy dla takiego kolosa jedynie przy pomocy holowników. Była to dobra nauczka, by nie dać się zwieść, żadnym obietnicom i nie wpływać w krzaki dopóki nie widzi się pilotówki.
Wyglądało na to, że nasi też opuszczą miejsce swojego uwięzienia dopiero, gdy Allach pozwoli, bo na agenta raczej nie było co liczyć. Swoją drogą to jeszcze jeden przykład na to, że żadne przepisy nie są w stanie przewidzieć i uwzględnić mniej lub bardziej nieprawdopodobnych scenariuszy, jakie pisze życie. Za każdym z nich powinien stać jeszcze rozsądek stosującego dane prawo. Ale gdzie dziś, w dobie drapieżnych procesów, kiedy dobry prawnik to kura znosząca złote jaja, szukać rozsądku? Tylko bezduszne i ślepe egzekwowanie paragrafów daje szansę przetrwać w tej dżungli, gdzie inni tylko czyhają na czyjeś potknięcie.
Gdy wiadomo już było, pogoda się nie zmieni, zacząłem słać do agenta ponaglające listy. Ten odpowiedział, że nie zrobił nic oprócz tego, że kupił hamburgery oraz kurczaka z frytkami, które wraz z wodą mineralną i pepsi colą dostarczył na keję, za co załączył stosowny rachunek do wyrównania.
Rano warunki były takie same. Może poza tym, że wiało jeszcze mocniej. Jasne było, że nie uda się w rozsądnym terminie dokonać podmiany na redzie znajdującej się na otwartym morzu. Keje w porcie były zajęte i nawet jeśli jakiś statek wyszedłby pomimo wiatru, inne czekały już na swoją kolejkę. Nie było mowy, aby nas wpuścili.

statek 1W końcu udało się wynegocjować zacumowanie na cztery godziny. To pozwoliłoby przynajmniej na bezpieczną podmianę załogi. Teraz trzeba było tylko czekać, aż opróżniony samochodowiec wypłynie w morze zwalniając dla nas miejsce.
- Za dwie godziny – poinformował nas agent.
Na dwie godziny nie było sensu aranżować załodze wiz. Tym bardziej, że potem ponowna odprawa znów ciągnęłaby się w nieskończoność i mogliby nie zdążyć przejąć obowiązków.
Minęło południe i… nic.
- Za dwie godziny – odpowiedział nagabywany o wiadomości agent.
Po kolejnej wymianie uprzejmości pocztą elektroniczną dyrekcja zasugerowała mi powstrzymanie się od dalszej korespondencji na ten temat. No może rzeczywiście trochę puściły mi nerwy.
- Gdyby Cię tam wysłali kilka lat temu, o bin Ladenie nikt by już dziś nie pamiętał – komentował żartem ton moich listów jeden z kolegów, gdy wróciłem z tej podróży.
Minęła piętnasta i przyszedł kolejny e-mail z informacją, że wejdziemy do portu za dwie godziny, a załoga wciąż czeka na kei. Przyjąłem to do wiadomości.
Potem w Londynie podpisano umowę, a my mogliśmy na rufie (bo tylko tam wiatr pozwalał) przemalować nazwę.

Zacumowaliśmy ostatecznie o 21:30. Po półtorej doby oczekiwania w hali na kei pasażerskiej, załoga wreszcie mogła zaokrętować. Na przejęcie obowiązków i na inspekcje mieliśmy czas do 02:00. Tylko szaleniec mógłby mysleć, że zdążymy. Ale agent był pełen optymizmu.
Teraz muszę zająć się bliżej tą postacią, która uczyniła nasz pobyt w Katarze wyjątkowo barwnym.

AgentBył to ten typ człowieka, który jesli ma w tym interes, w najbardziej słoneczny dzień potrafi wmówić, że za chwilę spadnie deszcz, albo na odwrót. Typ Araba z maleńkich sklepików rozrzuconych w zakamarkach medin, który potrafił sprzedać najgorsze badziewie utwierdzając klienta w przekonaniu, że kupuje towar najwyższej jakości, przeznaczony dla najlepszych sklepów w Nowym Jorku i Paryżu. Był też tym irytującym typem człowieka, któremu usta się nie zamykały i potrafił swoim niekończącym się potokiem słów zdestabilizować najpoważniejsze spotkanie.
O ile nowa załoga zniosła półtorej doby uwięzienia w porcie z godnością i spokojem, to po wejściu na statek było słychać tylko jego. Rozpowiadał wszystkim, a mi w szczególności (chyba tylko dlatego, że miałem cierpliwość go słuchać):
- Mówię wam! Odprawiłem całą załogę, przechodzimy przez bramę, idziemy do motorówki i w tym momencie…! W tym momencie…! – zawiesił głos na chwilę, żeby zrobić lepsze wrażenie – w tym momencie Doha port Control zawiesiła z powodu wiatru ruch statków!
- To pech – odpowiedziałem przez grzeczność.
- Straszny! Przez to załoga musiała tyle czekać. Robiłem wszystko co mogłem, żeby ich wydostać…
Odpuściłem sobie słuchanie tego, co agent robił, ponieważ trzeba było zająć się inspektorami i całą procedura przejęcia statku.
Wszyscy, i inspektorzy, i załoga zwijali się jak w ukropie, żeby wszystko wykonać jak najszybciej. Agent tymczasem wypił kawę, dopił coca colę i zapytał.
- To co, o drugiej w nocy wychodzicie w morze?
- Nie. Nie damy rady – odpowiedziałem
- Musicie. Doha Port Control dała wam czas tylko do drugiej.
- Ale załoga nie zdąży zapoznać się ze statkiem – ripostowałem
- To dokończy na redzie.
- Ja potrzebuję kilka godzin na skończenie audytu i wystawienie dokumentów – dodał jeden z inspektorów.
- To też dokończysz na redzie.
- Ale ja jestem obywatelem Egiptu i mi nie wolno wypływać na redę, bo to jest przekroczenie granicy, a nie mam wizy na kolejny wjazd.
- Pojedziesz na redę i nie masz nic do gadania! – zaczął krzyczec agent
- Hej, spokój! Co ty sobie wyobrażasz? – przywołaliśmy go do porządku – Nie będziesz tu wykrzykiwał na inspektorów!
- Macie o drugiej opuścić port i koniec!
- Nie opuścimy, bo uważamy, że to nie jest bezpieczne. Najpierw zaznajomienie się ze statkiem, a potem jazda. Władze portowe moga nas ukarać, ale nie mają prawa nas wyrzucić z portu!
- No to zobaczymy! Skonatktujcie się z nimi.
- Skontaktujemy.
Po paru minutach poszliśmy z kapitanem na mostek, by wywołac przez radiotelefon władze portowe.
- Kiedy będziecie gotowi do wyjścia? – zapytał oficer z Doha Port Control.
- O siódmej rano – przedstawił kapitan uzgodnioną miedzy nami wersję.
Aż mimowolnie skuliłem się czekając na walące się z nieba pioruny i wrzask owego oficera nakazującego nam opuszczenie portu.
- O’kay. Zrozumiałem. Siódma rano. Zawołajcie nas jeszcze o piątej rano, żeby potwierdzić waszą gotowość na siódmą.
I już. Po rozmowie. Spojrzeliśmy na siebie z kapitanem, potem pogadalismy jeszcze chwilę o mapach i wróciliśmy do jego biura. Tam omal nie wyściskał nas agent. Roześmiany od ucha do ucha jakby właśnie wygrał w lotto.
- Słuchajcie! Dobra wiadomość! Udało się! Doha Port zgodziła się, żebyscie zostali przy kei do siódmej!
- Co za niespodzianka! – udałem zaskoczenie
- Tylko pamiętajcie, żeby ich zawołac o piątej!
- Będziemy pamiętać.
- To ja tymczasem pójdę na keję. Prześpię się w samochodzie.

Doha 21Kiedy on spał snem sprawiedliwego w swoim aucie na kei, my uwijaliśmy się, aby zdążyć do siódmej. Po zakończeniu wszystkich procedur miałem tylko tyle czasu, żeby wpaść do kabiny, wrzucić wszystkie rzeczy do walizki jak leci, zdjąć kombinezon, zaliczyć szybki prysznic i założyć wyjściowe ciuchy. Jeszcze tylko pożegnanie z kapitanem i załogą i po następnych paru minutach schodzimy na keję. W oddali lśnią w promieniach wschodzącego słońca futurystyczne wieżowce.

Jest nas trzech. Każdy z dużą walizką główną oraz mniejszą na laptopa i dokumenty.
- Kurczę, znów będzie kłopot, żeby się zmieścić – stwierdziliśmy patrząc na auto agenta.
Nie było szans, by do bagażnika dało się upchnąć wszystkie trzy walizki.
- Może jedną uda się włożyć do środka, na siedzenia? – spekulowaliśmy
Póki co czekaliśmy, aż statek odpłynie.
Odpłynął.

Doha 22Możemy wsiadać. Agent otworzył bagażnik i w tym momencie parsknąłem śmiechem, od którego nie mogłem się powstrzymać przez następnych parę minut. Nie tylko walizki, ale nawet aktówki nie dałoby się tam zmieścić. Wewnątrz bowiem poustawiane były do samej góry kartony, które zniosła poprzednia załoga, a które pan ów miał odwieźć do biura, gdyby w tym czasie nie spał. Najwyraźniej o nich zapomniał i teraz drapał sie w głowę spoglądając to na bagażnik to na nasze walizki. Myślał intensywnie.
- To się da załadować – powiedział niepewnie w reakcji na nasz śmiech.
- Będzie pan zadowolony! – przedrzeźniał ktoś z nas kabaretowym tekstem jego zapewnienia.
W końcu nasz opiekun się poddał i wezwał posiłki. Po kilkunastu minutach nadjechał drugi samochód. Mogliśmy wreszcie jechać do hotelu. Myślami byłem już przy śniadaniu oraz wygodnym łóżku, gdy po jakichś stu metrach, za wiatą magazynu samochód się zatrzymał.
- Muszę pójść do biura. Zostawić dokumenty – powiedział agent i wyszedła z auta. Nie wiem dlaczego nie zrobił tego przez całą noc, albo przynajmniej wtedy, gdy czekaliśmy aż statek odcumuje. Nie było rady. Cierpliwie przesiedzieliśmy w aucie następne kilkanaście minut zanim, aż w końcu ruszyliśmy na dobre.

c.d.n.

Autor:Searover

Autor jest kapitanem żeglugi wielkiej. Obecnie pracuje jako superintendent u jednego z zagranicznych armatorów. Od kilku lat o swoim życiu w biegu pomiędzy dworcami, portami i lotniskami pisze na blogu www.mojaszuflada.blox.pl

Do bałkańskiego fjordu

Do bałkańskiego fjordu

Walory Czarnogóry docenił już nawet James Bond. To między innymi tutaj kręcono „Casino Royale”. My przyjeżdżamy tu je…

Moje impresje weneckie

Moje impresje weneckie

Wielu udaje się do Wenecji nie tylko po to, by ją zobaczyć, ale by w Wenecji znaleźć szczęście. Kiedyś po to się podróżowa…

Kamienni Strażnicy Dusz – Cmentarz Montjuic w Barcelonie

Kamienni Strażnicy Dusz – Cmentarz Montjuic w Barcelonie

Cisza. Wsłuchuję się w rytmiczny łomot mojego serca wywołany kilkunastominutową wspinaczką. Oddycham głęboko. Zad…

Katar w lutym – Doha

Katar w lutym – Doha

Kiedy dojechaliśmy do hotelu, agent zabrał nasze papiery z immigration. Wszystko i tak było na nich napisane po arabsk…