Vejer de la Frontera – andaluzyjskie pueblo z 1001 nocy
Autor: Anna Marchlik
Nieopodal malowniczych plaż Costa de la Luz w prowincji Kadyksu, na majestatycznym wzgórzu wznoszącym się 190m n.p.m. znajduje się miasteczko Vejer de la Frontera. Jest to miejscowość magiczna, dumnie górująca bielonymi fasadami domów kontrastujących z turkusowym zazwyczaj niebem.
Między jego wąskimi i stromymi uliczkami kryją się prawdziwe perły wśród ukwieconych andaluzyjskich patio. Można pokusić się o stwierdzenie, że mauretański duch unosi się nad miasteczkiem, przenikając nieprzerwanie od czasów średniowiecznych wgłąb jego architektury, tradycji, kultury i gastronomii. Zapraszam na relacje z prawdziwego andaluzyjskiego pueblo z 1001 nocy i jego okolic.
Można pokusić się o stwierdzenie, że mauretański duch unosi się nad miasteczkiem, przenikając nieprzerwanie od czasów średniowiecznych wgłąb jego architektury, tradycji, kultury i gastronomii.
Piątkowe popołudnie. Torba spakowana, aparat fotograficzny również, kluczyki do samochodu w dłoni. Tylko deszczowa pogoda w to lutowe popołudnie, od kilku tygodni z resztą panosząca się nad Andaluzją nie nastraja do spędzenia weekendu poza domem. Liczyłam jednak, że ulewne deszcze pozostaną wraz z mijanymi kolejnymi wioskami prowincji Sewilli, a zbliżając się do Wybrzeża Światła (Costa de la Luz) w prowincji Kadyksu, wyjrzy wreszcie słońce. W końcu, według wszelkich przewodników, na Costa de la Luz słońce świeci ponad 310 dni w roku.
Pogoda okazała się jednak bezlitosna, co i tak nie przekreśliło planów delektowania się Vejer de la Frontera i jego okolic przez kolejnych kilka dni. Po półtoragodzinnej jeździe samochodem w uciążliwym deszczu, radio zaczyna odbierać jedną z marokańskich stacji. To dobry znak. Z poprzedniej wizyty w Vejer pamiętam, że oznaczało to nieuchronne zbliżanie się do celu. Podkręcam rytmiczne dźwięki muzyki raϊ i powoli wjeżdżam 200 metrów pod górę by dotrzeć w końcu do Vejer de la Frontera.
Zarezerwowany hotel znajduje się w centralnym punkcie miasta, na Placu Hiszpańskim (Plaza de España). Po środku placu, niemal na wprost wejścia do recepcji warto zobaczyć fontannę z sewilijskimi azulejos (kafelkami o charakterystycznym wzornictwie.), jeden z symboli miasta. Hotel natomiast, Casa del Califa, słynie z dwóch rzeczy: wystroju typowo mauretańskiego i wyśmienitej orientalnej restauracji. Restauracja El Jardin del Califa jest tak popularnym miejscem, iż w sezonie ciężko jest dostać stolik bez wcześniejszej rezerwacji.
Ulewny deszcz spowijający miasteczko nie pozwala na wieczorny spacer po Vejer. Postanawiam więc poświęcić go na rozkoszowanie się tutejszą gastronomią. Przeglądając kartę dań, na dobry początek kolacji, proszę o słodką, aromatyczną, marokańską herbatę. Jako przekąskę wybrałam całkiem smaczne kruche ciastka nadziewane kozim serem i orzechami; a na danie główne – Pastele, specjalność restauracji będącą czymś w rodzaju ciasta francuskiego na ciepło nadziewanego mięsem z kurczaka, migdałami i cynamonowym sosem. Zdecydowanie polecam! Deser rownież okazał się dobrym wyborem: domowej roboty lody cynamonowe pozytywnie zakończyły wieczorne kulinarne rozkosze.
Sobota przyniosła lekkie rozpogodzenie i mimo iż wiatr wzmagał uczucie chłodu, parasol pozostał tym razem w torebce. Z samego rana ulice były opustoszałe, tylko z barów dochodził lekki gwar; w końcu mało który Andaluzyjczyk jada śniadanie w domu… Jedną z pierwszych napotkanych osób jest kobieta ubrana w czarny habit, zakrywający niemal całą twarz za wyjątkiem jednego oka. Krojem przypomina arabską burkę. Kilka chwil wcześniej minęłam posąg podobnie ubranej kobiety, stojący u jednaj z czterech bram wjazdowych do Vejer. Zaciekawiona, zaczepiam kobietę, którą okazała się dwudziestoletnia María, mieszkanka miasteczka. To od niej dowiedziałam się, że habit ten, jeszcze do niedawna, był tradycyjnym strojem kobiet z Vejer de la Frontera, wywodząc się ze strojów zamieszkujących tu do XV w. kobiet z marokańskiego Tetuanu i Szawszawanu. Cóż jednak ona, o ósmej rano, robi w tym stroju przechadzając się po miasteczku? Niestety jej odpowiedź nie była już tak romantyczna…ona po prostu wracała z właśnie kończącego się karnawału w Kadyksie…Po małej sesji zdjęciowej rozstałyśmy się, a ja, idąc wąskimi uliczkami Vejer, rozmyślałam o Las Cobijetas, tutejszych kobietach, które przez wieki przemierzały te same uliczki mogąc je podziwiać tylko jednym okiem!
Będąc w Vejer de la Frontera, oprócz wspomnianego wcześniej Placu Hiszpańskiego, nie można pominąć następujących zabytków:
- średniowiecznych murów obronnych
- czterech bram wjazdowych do miasteczka
- kościoła Salvadora o mieszanym stylu mudejar- gotyckim
- arabski zamek.
Spacerując po mieście, ciężko jest czasem wstrzymać się od ciekawości naruszającej niekiedy zasady prywatności… Vejer de la Frontera kryje bowiem w niepozornych domach prawdziwe skarby w postaci kolorowych, ukwieconych patio. Nic dziwnego, że połączenie labiryntu wąskich uliczek, bielonych wapnem fasad domów, bujnej roślinności i malowniczych widoków na Atlantyk i żyzne tereny uprawne sprawiły, że Vejer de La Frontera zostało uznane za jedno z najpiękniejszych hiszpańskich miasteczek o dużej wartości historycznej.
Kolejny dzień pobytu w Vejer przyniosł następne miłe gastronomiczne doświadczenia. Na Plaza de España, znajduje się restauracja Trafalgar. Jest to restauracja o nowoczesnym wystroju, serwująca wyśmienite dania z lokalnych produktów. Należy przy tej okazji wspomnieć, iż nazwa restauracji nie jest przypadkowa. To właśnie w okolicach Vejer, w 1805 r. stoczona została bitwa pod Trafalgarem, w wyniku której “niepokonani”, czyli alians francusko- hiszpański przegrał z brytyjską flotą. Bitwa ta, jak się później okazało, przyczyniła się do panowania brytyjskiej floty na morzach świata i do powstania brytyjskiego kolonialnego imperium. W Trafalgarze szczególnie mogę polecić ravioli nadziewane owocami morza w pesto, krokiety z kałamarnicy w sosie własnym oraz iberyjskie polędwiczki w niezwykle smacznym sosie Pedro Ximenez.
Ostatni dzień pobytu postanowiłam spędzić w okolicach miasteczka. Vejer położone jest bowiem zaledwie 10 kilometrów od szerokich, złocistych plaż El Palmar, uważanych za raj dla windsurfingowców. Inna plażą znajdującą się niewiele ponad 12 kilometrów od miasteczka jest plaża Los Caños. Oddalając się jeszcze bardziej od Vejer, dostrzec można w oddali kolejne z pueblos blancos- Conil de la Frontera, doskonałe miejsce na wakacyjny urlop, czy weekendowy odpoczynek nad brzegiem oceanu.
Wakacje na jachcie
Bodrum, marina, kilkadziesiąt jachtów. Widok zaiste imponujący. Pośród drewnianych, klimatycznych stateczków, n…
W 1000 Euro dookoła swiata
Podróż dookoła świata nie jest dziś niczym niezwykłym. Niezwykły jest za to sposób, w jaki dokonał tego pewien młody wa…
Do bałkańskiego fjordu
Walory Czarnogóry docenił już nawet James Bond. To między innymi tutaj kręcono „Casino Royale”. My przyjeżdżamy tu je…
Polak – Europejczyk
Słońce powoli kryje się za horyzontem. Ciepły, jesienny dzień dobiega końca. Rozklekotany autobus z Warszawy zbliża…


